Valkiria 2009


Wstęp
W dniach 17-20 lipca na Mazurach odbyła się impreza zorganizowana przez grupę Albatros z Giżycka, która już wcześniej odznaczyła się na arenie lokalnego Airsoftu. Albatros jest grupą młodą, zarówno w kwestii airsoftowego "stażu", jak i średniej wieku członków grupy. To jednak nie przeszkodziło im w wykorzystaniu swoich możliwości w organizacji imprezy regionalnej.

Sam zlot zapowiadał się ciekawie, gdyż organizatorzy przedstawili dość szczegółowy plan i zachęcali wieloma atrakcjami. Wśród tych atrakcji był oczywiście dwudniowy scenariusz, ciekawy teren, ale także wizyta w "Wilczym Szańcu" i konwój z wykorzystaniem pojazdów militarnych. Do wzięcia udziału w imprezie zachęcał również fakt poparcia grupy przez Fundację Military Park, która znana jest na terenie Mazur z szeroko pojętej działalności historyczno-edukacyjnej oraz organizacji wielu imprez wojskowych i lotniczych.

Operacja "Valkiria" odbyła się na terenie lotniska Wilamowo, położonego kilka kilometrów od Kętrzyna, a jednocześnie niedaleko "Wilczego Szańca", czyli znanej wszystkim miłośnikom historii tajnej kwatery Hitlera. Wszystko – począwszy od nazwy, położenia, a skończywszy na wybranej dacie imprezy – nie było przypadkowe. Kiedy w 44-tym roku potęga nazistowskich Niemiec chyli się ku upadkowi, grupa oficerów Wehrmachtu pod przywództwem barona Claus Schenk von Stauffenberg'a zawiązuje tajne stowarzyszenie i układa plan zamachu na przywódcę narodu. Operacja ta zostaje opatrzona kryptonimem "Valkiria" i ma miejsce 20-go lipca 1944 roku w Wilczym Szańcu. Dokładnie w 65-tą rocznicę nieudanego zamachu – bo między 17-tym a 20-tym lipca 2009 roku – w tych okolicach spotykają się miłośnicy airsoftu, by rozegrać kolejne starcie sił alianckich z siłami Rzeszy. Akcja scenariusza airsoftowej rozgrywki zostaje przeniesiona do czasów współczesnych, założenia i tło konfliktu pozostają oryginalne. Ale losy konfliktu mogą się potoczyć całkiem innym torem.

Początek imprezy
Większość uczestników przybyła na teren rozgrywki w piątek wieczorem. Tradycyjnie już pierwszego wieczora odbyła się impreza inauguracyjna: ognisko, rozmowy. Alianci, następnego dnia na placu boju prezentowali dość luźne podejście do walki i podejmowanych działań taktycznych. Z kolei Niemcy, podeszli do rozgrywki z zapałem niemal milsimowym – już dzień wcześniej obejrzeli teren, przygotowali się doskonale do obrony, a swoją postawą dawali dobry przykład słynnej niemieckiej dyscypliny. "Rzesza" położyła się spać stosunkowo wcześnie, ale jej przedstawiciele rano również narzekali... głownie na nocne hulanki armii wroga i budzące ich odgłosy. W sobotni poranek, mniej więcej o godzinie 10, wszyscy zebrali się w jednym miejscu. Organizator oficjalnie powitał przybyłych i nastąpiła prezentacja drużyn. Tutaj należy się duże uznanie dla głównodowodzącego stronie niemieckiej za zaznajomienie się z podwładnymi już wcześniej i dość szczegółowe przedstawienie "podwładnych" oraz za dobre i pełne przedstawienie składu swoich oddziałów.

Po części powitalnej, każda ze stron – najpierw Niemcy, potem Alianci – udali się do namiotu na odprawę. Odprawa przeprowadzona została szybko i sprawnie. Omówiono mapę terenu, wyznaczono obszary wyjęte z obszaru gry, a następnie przedstawiono główne cele postawione przed oddziałami. Dla pewności przypomniane zostały najważniejsze zasady gry. Gracze zostali poinformowani również o tym, że dla stworzenia dodatkowego klimatu na teren gry (oraz z respawnów na teren działań) będą przewiezieni pojazdami militarnymi.

Teren gry i scenariusz
Wspomniany wcześniej teren lotniska – a więc miejsce, gdzie odbyła się główna część imprezy - prezentuje się dość ciekawie. Widać to było już na zdjęciach i filmie ukazanym przez organizatora jeszcze przed zlotem. Mimo, że część lotniska z przyczyn oczywistych została wyłączona z gry, uczestnicy nie narzekali na brak miejsca. Sam teren jest dość zróżnicowany - trochę otwartej przestrzeni, trochę nierówności, trochę terenów zalesionych. Przed imprezą organizator rozmieścił różne umocnienia, które miały pomóc żołnierzom Rzeszy. Dodatkowo w trakcie imprezy zostały one dostosowane przez samych uczestników do objętej taktyki obronnej. Gra trwała całą sobotę oraz część niedzieli, kiedy większość uczestników powoli zbierała się do domu. Trzeba wspomnieć, że czynnikiem najbardziej niszczącym okazała się pogoda. Tym razem niebiosa obdarzyły nas bardzo niemiła mieszanką: w sobotę upałem a ulewą w niedzielę, przy czym trzeba przyznać, że gracze byli mniej odporni na deszcz niż lejący z nieba żar (prawie 30 stopni). Niektórzy nawet nie przebierając się w suche ubranie zmoczeni deszczem wsiadali w samochód i ruszali do domu. Przy tym, godny podziwu jest fakt, że "Valkiria" to jeden z niewielu zlotów, jakie widziałam, podczas których rozgrywka trwała prawie przez cały weekend. Przerwa obiadowa nie zmniejszyła ochoty graczy, a czas na sen skrócony został dodatkową rozgrywką nocną.

Podczas gry obie drużyny miały jasno wytyczone cele. Głównym celem sił Rzeszy była obrona wyznaczonych pozycji i stopniowe cofanie się w głąb terenu. Jak można się domyślić, Alianci mieli atakować pozycje wroga, zadać jak największe straty i zająć okupowany przez żołnierzy Rzeszy teren. Każdy z oddziałów miał jednak również zadania bardziej szczegółowe... Niemcy rozpoczęli scenariusz z 30-minutowym wyprzedzeniem. Ten czas miał im posłużyć na przygotowanie się na stanowiskach, a po upływie tego czasu następowała obrona posterunków, przejęcie i ewakuacja VIPa z bazy, opóźnianie marszu Aliantów oraz w miarę możliwości całkowite wyparcie ich z lotniska. Z kolei Alianci otrzymali następujące rozkazy: wysłać zwiad, rozpoznać teren, zdobyć pojazd, zaatakować i przeszukać posterunek, zdobyć kolejne bazy, zlokalizować VIPa (znanego jako Adolf H.), zapędzić VIPa do bunkra radarowego niedaleko pasów startowych, przeprowadzić zamach. Wszystkie te działania miały miejsce na terenie lotniska. Dodatkowo na sobotni wieczór - po zachodzie słońca - przewidziano specjalną rozgrywkę, na bardzo nietuzinkowym terenie...

Wilczy szaniec - nocna rozgrywka
Ewidentną atrakcją zlotu była możliwość przetestowania pod kątem airsoftowym terenu "Wilczego Szańca", będącego niegdyś siedzibą wojsk niemieckich, a dzisiaj – muzeum. Rozgrywka była dość krótka i odbyła się w warunkach nocnych (co kilku uczestników uznało za minus) i każdy się musi zgodzić, że było to wydarzenie niecodzienne. Wilczy Szaniec, to teren ogrodzony, dostępny dla turystów od godziny 8:00 do zapadnięcia zmroku. Oczywiście dostępny odpłatnie i z możliwością wynajęcia przewodnika. Sam teren obejmuje 200 budynków. Znajdziemy tam schrony, baraki, 2 lotniska, dworzec kolejowy, wodociągi, ciepłownie, dwie centrale dalekopisowe i elektrownie. Oczywiście to teren, na którym należy się zachowywać ostrożnie, jednak jest bardzo ciekawy i mógłby posłużyć do rozegrania bardzo ambitnego scenariusza.

Na teren Wilczego Szańca dotarliśmy konwojem pojazdów militarnych. Wyjechaliśmy z terenu lotniska zaraz po sprawnym zebraniu się uczestników i zajęciu miejsca w samochodach. Przejechaliśmy niewielki kawałek i wszystkie pojazdy się zatrzymały. Mieliśmy czekać chwilę na policję, która miała nas eskortować do miejsca strzelania; tymczasem czekaliśmy bezowocnie około 40 minut. Wszyscy gracze byli lekko zniecierpliwieni, jednak większość z nich umiała zlokalizować faktyczne źródło tego dość uciążliwego incydentu i tylko niektórzy mieli za złe wymuszony postój. Po wyjaśnieniu sprawy okazało się, że mimo wcześniejszych ustaleń asysta policji jest niepotrzebna... konwój ruszył więc dalej sprawnie i wzorowo. Przy każdym przecięciu innej drogi, organizator wstrzymywał ruch pojazdów cywilnych aby nasze wozy mogły jednym ciągiem przejechać dalej. Wyglądało to niesamowicie... Ale i my musieliśmy stanowić niecodzienny widok dla zwykłych "cywili".

Pobyt w Szańcu to również krótka lekcja historii. Tuż po naszym wjeździe na teren i desancie z pojazdów, usłyszeliśmy historię powstania, przeznaczeniu i losach Wilczego Szańca. Opowiadał nam o tym pan Mariusz Kwiatkowski, wielki miłośnik i wieloletni badacz fortyfikacji mazurskich, a obecnie również dyspozytor Lotniska Kętrzyn. Wprowadziło to dobry klimat do zabawy a przy okazji dowiedzieliśmy się kilku ciekawych szczegółów dotyczących historii tego obiektu.

Sam scenariusz rozgrywki był tylko teoretycznie prosty. Strona niemiecka była oczywiście "rezydentami terenu", natomiast strona aliantów otrzymała rozkaz: "Znaleźć i wyeliminować VIP-a". VIP wybrany spośród uczestników charakteryzował się brakiem broni długiej. Zadanie wydawałoby się proste, ale w warunkach nocnych wszelkie akcje trzeba przeprowadzać z dużą ostrożnością, a nieznajomość terenu utrudnia zadanie zarówno atakującym jak i broniącym. Rozgrywka jednak zakończyła się szybko, kiedy VIP całkiem przypadkiem trafił na patrol wroga. Po krótkiej wymianie zdań okazało się jasne, że przewaga liczebna oddziału Aliantów przesądziła nad rozstrzygnięciem tego "spotkania".

Zaplecze, atrakcje i ocena
Uczestnictwo w zlocie zorganizowanym przez Albatros kosztowało 50 zł. W cenę zlotu wliczono: paliwo do pojazdów, pole namiotowe z parkingiem, ochronę, zaplecze sanitarne (WC, prysznic, bieżącą wodę) oraz elementy potrzebne do przeprowadzenia rozgrywki, takie jak: oznakowanie drużyn, mapy, materiały do budowy umocnień, punkt ładowania baterii. W trakcie zlotu uczestnicy mieli zapewnione dwa obiady - oczywiście zgodnie z tradycją wojskową: bigos i grochówkę, a także ogniskowe kiełbaski. Po zlocie mogliśmy się cieszyć również zdjęciami robionymi przez profesjonalnego fotografa, znanego w tamtym rejonie, pana Jarosława Skrzekuta. Oczywiście znalazły się osoby narzekające na wysokość składki, jednak jeśli weźmiemy pod uwagę same posiłki i paliwo do pojazdów, kwota nie wydaje się wygórowana. Nie wspominam o kosztach wynajęcia fotografa, czy innych atrakcjach.

Skoro został już poruszony temat opinii o zlocie, trzeba przyznać, że kiedy weźmiemy pod uwagę wszystkie dobre i złe strony imprezy, ukaże nam się dość ciekawe zestawienie. Do ewidentnych plusów należały: wykorzystanie pojazdów militarnych, ciekawy teren, dbałość o uczestników, wyżywienie, rozgrywka w "Wilczym Szańcu". Odnośnie scenariusza i fabuły pojawiły się różne głosy – większość uczestników była zadowolona z rozgrywki, chociaż pojawiły się też opinie o małym dopracowaniu scenariusza. Trudno ten spór rozstrzygnąć. Jak zwykle – co nie leżało w gestii organizatora – pojawiło się kilka typowych problemów: tępione do bólu w całej Polsce, ale wciąż odradzające się terminatorstwo (cóż z tego, że ktoś twierdzi, że nie dostał, jeśli 20 innych osób oskarża go o oszukiwanie?); drobna niedojrzałość uczestników w kwestii rozstrzygania sporów (czy zawsze jest potrzebna ingerencja organizatora?) oraz sporadyczne złośliwe oczernianie organizatora za jego plecami, mimo że jest czas żeby podejść, porozmawiać, dojść do konsensusu. Oczywiście również nie wszystkie działania organizatorów były bezbłędne – nikt nie tworzy wspaniałej i pozbawionej "wpadek" imprezy, zwłaszcza jeżeli robi to pierwszy raz. Trzeba jednak przyznać, że organizatorzy "Valkirii" starali się być otwarci na sugestie uczestników i w miarę możliwości dostosowywali założenia scenariusza do aktualnych potrzeb rozgrywki. Kiedy tylko pojawił się problem, udawało się go omówić na miejscu i rozwiązać.

Jak wiemy, oprócz dostarczania rozrywki i swoistej "opieki" roztaczanej nad przybyłymi, zadaniem organizatora jest również rozstrzyganie sporów i przywoływanie uczestników do porządku. W wypadku osób 18-letnich pilnujących półtora lub dwa razy starszych uczestników – jest to szalenie trudne. Na szczęście w szeregach Albatrosa jest również "Major", który jako starszy od chłopaków zawsze wkraczał tam, gdzie chłopaki nie dawali sobie rady. Dzięki niemu, w sytuacji lekko kryzysowej, uczestnicy szybko wyjaśnili problem między sobą i powrócili do wspólnej zabawy.

Przedstawiciele Albatrosa imprezę podsumowują w następujący sposób: "Osobiście śmiejemy się, że część przygotowań załatwiła za nas Trzecia Rzesza jakieś 65 lat temu. Umacniając lotnisko i tereny przyległe w taki sposób, że do dziś zachowała się ich część. Nie ma co ukrywać, impreza pochłonęła ogrom czasu i bardzo wiele potu. Załatwienie strzelanki w miejscu ściśle tajnej kwatery Hitlera graniczyło niemal z cudem. A jednak udało się. Warto wspomnieć, że jesteśmy jedyną ekipą, która otrzymała pozwolenie na prowadzenie w tym rejonie działań. Jak się okazało z wielką radością dla graczy."

Ze swojej strony podkreślę raz jeszcze: teren Szańca nie jest udostępniany do takich rozgrywek i na pewno uzyskanie pozwolenia wymaga dużego zaangażowania. Pozostanie tajemnicą organizatorów to, w jaki sposób pozwolenie zdobyli. Jest to godne uznania, nawet jeżeli działania airsoftowe rozpoczęły się dopiero po zwykłym, turystycznym dniu i oczywiście po opuszczeniu dawnej kwatery Hitlera przez ostatnich tego dnia zwiedzających cywili. Nasz pobyt z wykorzystaniem replik na tym terenie był drugim takim przypadkiem w całej historii Wilczego Szańca. Wcześniej odbyła się tam promocja dotycząca gry "Medal of Honor" i była to impreza na skalę Europejską. Teraz, po raz drugi repliki broni, a wraz z nimi ich posiadacze, znaleźli się na tym terenie. Zdecydowanie była to dla graczy duża atrakcja, a słowa "strzelałem się w Wilczym Szańcu” na pewno mogą być powodem do dumy i wyróżnienia.

Podsumowanie
Zlot opatrzony kryptonimem "Operacja Valkiria" należy zaliczyć do ciekawych i udanych. Ze względu na wielkość i zasięg imprezy, trudno go porównywać do typowych zlotów na kilkaset osób, jakie odbywają się w Polsce. Jednak był godny uwagi ze względu na zaangażowanie organizatorów i możliwości, jakie rysują się w ich dalszej airsoftowej działalności.